Komentarze
2026.10.05 14:02

O zdradzie i zadośćuczynieniu, w 10. Rocznicę Czarnego Czwartku

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.

 

 

Dziesięć lat temu, w Czarny Czwartek 6 października RP 2016, skończył się wojtyliański rozdział w naszej politycznej historii. Wielka epoka, która zmieniła historię Polski i w której Polska zmieniała historię współczesną. Epoka, której nawet porażki i klęski nie odbierają wielkości. Zakończyli ją natomiast ci, z którymi jeszcze dziesięć lat wcześniej, tuż po śmierci Jana Pawła II, łączono nadzieje, że zrealizują testament, który Papież zostawił swojej Ojczyźnie. Uznali go jednak za uciążliwy polityczny balast.

W Czarny Czwartek

rządzący wówczas PiS i opozycyjna PO zgodnie odrzuciły projekt Stop Aborcji, odmawiając nawet debaty nad zawartymi w nim propozycjami, więc również nad ich modyfikacją w normalnej procedurze sejmowej. Nigdy wcześniej nie zgromadzono w polskim parlamencie szerszej większości przeciw życiu.

Dramat tego wydarzenia polegał dodatkowo na tym, że właściwie nie zrobiło ono żadnego wrażenia również na zwolennikach PiS. Radio Maryja zaprosiło Antoniego Macierewicza, a ten wytłumaczył, że to była konieczność. Pewien świat się skończył, życie pobiegło dalej, jak u Miłosza:

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
(…)
Innego końca świata nie będzie.

W każdym razie – innego końca pokolenia JP II. Bo tak właśnie dokonał się

finalny akt ciągłej demobilizacji opinii katolickiej,

realizowanej przez Jarosława Kaczyńskiego. Mimo podnoszonej co wybory ideologii Słuchania Ludzi, nie słuchano żadnych argumentów i postulatów opinii katolickiej. Nawet w sprawie „kompromisu aborcyjnego”, czyli wykonywania obowiązujących przepisów chroniących życie. Prezydent był głuchy na wszelkie apele o prezentację dorocznego orędzia telewizyjnego w Narodowy Dzień Życia (a przecież chodziło tylko o korzystanie z soft power). Minister Sprawiedliwości uparcie odmawiał rozmów na temat efektów ścigania przestępczości aborcyjnej (choć chodziło po prostu o wykonywanie prawa). Nawet prośba o nagranie spotu „Jesteśmy za”, który byłby odpowiedzią posłanek PiS na aborcyjny spot posłanek z klubów opozycji „Jesteśmy przeciw” pozostał bez żadnej reakcji. Zareagowała, owszem, premier Szydło, kiedy minister Waszczykowski zrugał uczestników demonstracji wieszakowców; przywołała go do „porządku” za niepotrzebne wypowiadanie się w tej sprawie. To tylko kilka przykładów regularnie realizowanej polityki. Politycy mieli milczeć, ale milczeć miała również – nie wtrącając się do polityki, nie podnosząc żadnych postulatów – opinia wierna cywilizacji życia. Przez cały ten czas

rosła pewność siebie środowisk aborcyjnych,

a chwiały się postawy tych, którzy powinni byli bronić życia. Na coraz bardziej agresywny język, nawet na podżeganie do łamania prawa (jak demonstracja wieszakowa) nie było żadnej odpowiedzi. Władza – władza radykalnej centroprawicy – udawała, że nie widzi i nie słyszy. A finalny akt, Czarny Czwartek, był może najskuteczniejszą demonstracją władzy Jarosława Kaczyńskiego; tej władzy, na której zależało mu najbardziej – władzy nad swoim elektoratem.

I właśnie dlatego cztery lata później, w czasie aborcyjnej rebelii 2020 roku – reakcje były tak słabe. Nawet jeśli zwolennicy PiS wiedzieli, co myśleć, nie wiedzieli, czy wypada reagować, w każdym razie – od reakcji byli odzwyczajeni. Jak pisała w deklaracji „Wobec rewolucji przeciw życiu i rodzinie” Narodowa Rada Chrześcijańskiego Kongresu Społecznego – „partia regularnie przeprowadzająca masowe demonstracje uliczne – tym razem trzymała swoich zwolenników w domach”. Bo czy ktokolwiek pamięta choć jeden PiS-owski autokar na którymkolwiek z Narodowych Marszy Życia i Rodziny? A przecież środków z dotacji budżetowych na takie skromne przedsięwzięcia nie brakowało…

Nie piszę o tym wszystkim tylko dlatego, że od Czarnego Czwartku mija właśnie dziesięć lat. Owszem, rocznice są ważne, zatrzymują osuwanie się wydarzeń w niepamięć. Ale w tym wypadku są

powody ważniejsze.

Mateusz Morawiecki głośno, aktualni liderzy Prawa i Sprawiedliwości po cichu, coraz częściej wyrażają żal z powodu przyjętego sześć lat temu wyroku Trybunału Konstytucyjnego w obronie prawa do urodzenia się i życia dzieci niepełnosprawnych. A przecież nikt im nie kazał wysyłać tej sprawy do Trybunału Konstytucyjnego, jakby nie było wyroku z 1997 roku. To prezydent Andrzej Duda powinien był (o co proszono) przypominać w orędziach o obowiązywalności norm tam zawartych, a Sejm – przynajmniej w 2016 roku, pracując nad społecznym projektem Stop Aborcji – powinien był po prostu dostosować stan ustawowy do Konstytucji i jej oficjalnej wykładni. O to zresztą apelowała Komisja Kodyfikacyjna pod przewodnictwem prof. Zolla jeszcze w RP 2013, za rządów… Donalda Tuska. To wtedy były przewodniczący TK, nawiązując do Orzeczenia z 1997 roku, przypomniał, że przedmiotem prawa nie jest zakaz aborcji jako taki (bo nie o egzekucję wyabstrahowanej normy chodzi), ale ochrona życia dziecka, które po prostu ma prawo się urodzić. Co ciekawe, Jarosław Kaczyński obdarzony tak świetnym zmysłem taktycznym, tak potrafiący obracać na swą korzyść problemy oponentów, w tym wypadku pozostał neutralny i wobec rozbieżności między rządzącą PO a ważną rządową agendą, i w trakcie ataków „Gazety Wyborczej” na Andrzeja Zolla.

I drugi powód, dla którego tę rocznicę przypominać należy.

Nie chodzi o pretensje do partii

Konfederacja, a więc oficjalni (w tym sensie, że reprezentowani w parlamencie) prawicowi krytycy PiS, nie podjęli żadnych znaczących kroków i inicjatyw w tych sprawach. Mają na ogół słuszne poglądy i są wiarygodni, gdy o osobistych poglądach mówią – ale czy wyprowadzili z nich jakąś politykę?

Chodzi tu więc nie o krytykę partyjną, lecz chrześcijańską.

Rafał Ziemkiewicz wyraził kiedyś spore zdziwienie, że tak niechętnie używam słowa „zdrada” wobec swych przeciwników politycznych. Oczywiście wierność jest kategorią obiektywną, której nie zawieszają subiektywne przekonania. Ale one określają poziom odpowiedzialności. Od przeciwników więc z reguły mniej oczekuję, znacznie mniej niż od tych, którzy powinni nas reprezentować. A jak można nazwać zachowanie przywódców politycznej reprezentacji prawicy w czasie Czarnego Czwartku? Albo tych, którzy mieli jasny sąd osobisty (1/7 posłów PiS głosowała wbrew kierownictwu partii), a jednak nie zrobili nic, aby swe władze powstrzymać lub – zastąpić?

Zdrada to kategoria definitywnie dyskwalifikująca w etyce laickiej, ponieważ stanowi sprzeniewierzenie się autorytetowi najwyższemu – Własnym Przekonaniom. W chrześcijaństwie przedmiotem zdrady jest dobro wspólne, ale odnosi się ona do autorytetu rzeczywiście najwyższego – sprawiedliwego, ale miłosiernego Boga. Zdrada wymaga czasem kary, a często innych sankcji publicznych, ale przede wszystkim zawsze wymaga nawrócenia i zadośćuczynienia. Zawsze na nie jest czas, oczywiście – jeśli się pamięta, że czas to substancja skończona.

W swojej książce „Prawica na rozdrożu” – przypominając, że poświęciłem dużą część życia, aby dać Polsce lepszą prawicę – napisałem, że może po prostu Prawo i Sprawiedliwość było w swoim czasie (a może też jeszcze będzie, rzecz zależy od jakości jego prawicowej konkurencji) – narodowym optimum. Ale jeśli miało taką funkcję – powinno było traktować ją jako zobowiązanie, a nie – jako prawo do dyspensowania się od społecznych obowiązków i mandat do politycznej swawoli. Jako zobowiązanie wobec dobra wspólnego narodu, ale również do nawrócenia i zadośćuczynienia za polityczne błędy i zaniechania. Bo przecież gdyby nie one – Polska (i potrzebna jej prawica) mogła dziś wyglądać inaczej.

Marek Jurek

 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ. 

 


Marek Jurek

(1960), historyk, współzałożyciel pisma Christianitas, były Marszałek Sejmu. Mieszka w Wólce Kozodawskiej.