
Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.
Ks. prof. dr hab. Adam Świeżyński – mój uczony kolega z Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego – w opublikowanym przed miesiącem na portalu ”Więzi” artykule, zarysował perspektywę przeprowadzenia radykalnej, a zarazem, jego zdaniem, niezbędnej zmiany ujmowania oraz wartościowania doświadczenia osób LGBTQ+ w sferze społeczno-kulturowej i religijnej. Tekst Księdza Profesora nie zawiera jednoznacznego opisu nowego paradygmatu kulturowego, mającego wygenerować „zmienioną wykładnię teologiczną na ten temat”, a docelowo stworzyć „wspólną przestrzeń społeczną, religijną, kościelną – ludzką i Bożą – zarówno w praktyce życia codziennego, jak i w teorii, która tę praktykę będzie wspierać.” Biorąc pod uwagę przywołany przez Autora, bezpośredni kontekst jego wypowiedzi – współcelebrowane przez niego niedawno ekumeniczne nabożeństwo, obejmujące liturgiczne błogosławieństwo związków osób tej samej płci oraz składane w jego trakcie świadectwa tychże osób – można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że na postulowaną przemianę sfery światopoglądowo-obyczajowo-instytucjonalnej organizującej funkcjonowanie określonej społeczności (w tym przypadku polskiego społeczeństwa) składać się mają przyznanie parom jednopłciowym uprawnienia do uzyskiwania prawnego statusu małżeństw oraz ujednolicenie i upowszechnienie zasad etycznej ewaluacji wszelkiego typu (binarnych?) relacji międzyludzkich manifestowanych poprzez zachowania seksualne. Warto przyjrzeć się naszkicowanemu przez Księdza Profesora schematowi argumentacji na rzecz zgłoszonej propozycji (mającemu z oczywistych powodów jedynie ramowy charakter) oraz możliwym konsekwencjom jego akceptacji i zastosowania w odniesieniu do problematyki społeczno-etycznej poruszonej w artykule.
Przekuć marzenia w rzeczywistość (prawną)
Jednym z kluczowych elementów głównego przesłania tekstu ks. Świeżyńskiego – obok uwypuklonego w tytule i interpretacyjnie rozwiniętego fragmentu z Księgi Izajasza – jest swoista programowa wytyczna nawiązująca do treści trzeciej z przytoczonych wypowiedzi uczestników wspomnianego nabożeństwa ekumenicznego. Jako konkluzja przeprowadzonej przez składającego świadectwo - jednego z dwu mężczyzn, których związek został ostatnio zarejestrowany jako małżeństwo w trybie urzędowego aktu transkrypcji - dość osobliwej wykładni ewangelicznej przypowieści o pannach mądrych i głupich (poniżej kilka zdań o samej tej wykładni), na pełną aprobatę zasługuje, zdaniem Autora, wyrażone przez mężczyznę przeświadczenie, że „trzeba mieć nie tylko marzenia, ale i plany.” W pełni zaakceptowany zostaje tym samym uruchomiony właśnie w naszym kraju proces przekształcenia prawno-instytucjonalnej tkanki określającej tożsamość polskiej wspólnoty politycznej – proces mający ukształtować tę tożsamość w jej istotnych aspektach wedle „wymarzonego” przez jego inicjatorów oraz Autora artykułu wzorca.
Nawet dla najbardziej entuzjastycznych zwolenników wprowadzanego właśnie trybu administracyjnego „rozpoznawania” związków jednopłciowych uznanych za małżeństwa za granicą nie może ulegać wątpliwości, że przedsięwzięcie to pozostaje bez jakiegokolwiek związku z procedurami dopuszczalnymi w ramach demokratycznego państwa prawa. Wydane przez MSWiA rozporządzenie, określające w sposób systemowy możliwość rejestrowania takich związków w urzędach stanu cywilnego, pozbawione jest koniecznej w polskim modelu prawodawstwa podstawy prawnej (za taką podstawę nie sposób oczywiście uznać słynnego już orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z listopada 2025 roku). O zachowaniu jakichkolwiek standardów praworządności - apoteozowanej przez obóz polityczny sprawujący obecnie władzę w okresie rządów jego poprzedników - nie można tym bardziej mówić w odniesieniu do decyzji prezydenta Warszawy, ustanawiającej odpowiedni tryb postępowania w obrębie struktur stołecznej administracji samorządowej. Wielce wymowna jest wypowiedź samego Rafała Trzaskowskiego dotycząca tej kwestii: „Dokonujemy transkrypcji w taki sposób, jaki uznaliśmy za najbardziej stosowny. Po konsultacjach z innymi urzędami stanu cywilnego, ale również moim współpracownikami, którzy rozmawiali z organizacjami, które walczyły o prawa LGBT. Tak żeby to było jak najbardziej godnościowe, ale także pełne i szczegółowe.” Zarówno w jednym , jak i w drugim przypadku, problem ewentualnego konfliktu między treścią dokonywanych rozstrzygnięć, a wyjątkowo klarownym brzmieniem art. 18 polskiej Konstytucji, nie zostaje nawet zauważony – nie zauważają go, co należy podkreślić, przedstawiciele środowisk politycznych zagorzale broniących zasady ścisłego przestrzegania przepisów ustawy zasadniczej przez niemal całą ostatnią dekadę.
Taka właśnie metoda konstruowania „wspólnej przestrzeni społecznej” zdaje się uzyskiwać wyraźne – aczkolwiek niewyartykułowane bezpośrednio - poparcie ks. prof. Świeżyńskiego. Warto zadać pytanie o powód, dla którego to doniosłe przedsięwzięcie przeprowadzone ma zostać z pominięciem, czy wręcz pogwałceniem, kluczowych reguł proceduralnych, stanowiących podstawową gwarancję spoistości polskiego państwa. Dlaczego, zdaniem jego zwolenników, należy w imię jego realizacji podejmować ryzyko osłabienia elementarnych instytucjonalnych struktur politycznej wspólnoty znajdującej się, co nie ulega chyba wątpliwości dla żadnej ze stron toczącego się w Polsce politycznego sporu, w sytuacji realnego egzystencjalnego zagrożenia? Odpowiedzią na takie pytanie mogłoby być wskazanie na ewidentny charakter niesprawiedliwości obecnych uregulowań prawnych, których zmiana skutecznie blokowana jest przez część organów władzy reprezentujących „nieoświeconą”, „bigoteryjną” większość społeczeństwa - wciąż jeszcze nieprzekonaną co do oczywistości racji leżących u podłoża „marzeń” osób zaangażowanych w urzeczywistniany właśnie ideowy projekt. (Nawet wtedy kwestią otwartą byłoby, czy istotnie w grę wchodzi stan wyższej konieczności usprawiedliwiający łamanie legislacyjnych zasad proceduralnych.)
Problem w tym, że owego ewidentnego, asymetrycznego rozkładu racji w jurysprudencyjnym sporze o „małżeństwa homoseksualne”, mogącego stanowić domniemaną podstawę społecznego (?) przyzwolenia na ich pozaproceduralną legalizację, po prostu nie ma. Przeciwnie – nie tylko zdaniem piszącego te słowa – argumenty przeciw dopuszczalności prawnego sformalizowania związków jednopłciowych wydają się zdecydowanie bardziej przekonujące niż argumenty na rzecz uznania tego rodzaju możliwości. Mimo upływu kilkunastu lat aktualności nie utraciła krótka debata wokół tego zagadnienia opublikowana na łamach jednego z polskich czasopism filozoficznych (1, 2, 3, 4).
Wbrew deklaracjom zwolenników domniemanego równouprawnienia związków hetero- i homoseksualnych, przyznanie parom jednopłciowym prawa do uzyskiwania statusu prawnego odpowiadającego „tradycyjnym” małżeństwom wcale nie promuje równości. Co więcej, często ją narusza, jak miało to miejsce w 2013 roku w Wielkiej Brytanii. Parom heteroseksualnym odmówiono tam możliwości zawierania związków partnerskich, a małżeństwa jednopłciowe, choć uznane prawnie, zostały potraktowane inaczej niż heteroseksualne w przynajmniej dwóch aspektach: nie podlegały wymogowi skonsumowania małżeństwa, bez którego małżeństwo heteroseksualne może zostać unieważnione, oraz zostały zwolnione z przepisów dotyczących cudzołóstwa, które w brytyjskim prawie definiuje się jako pozamałżeński stosunek seksualny z osobą płci przeciwnej.
Zagwarantowane w polskim Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym prawo do zawarcia małżeństwa z osobą płci przeciwnej jest uniwersalne – przysługuje każdej osobie, niezależnie od jej orientacji seksualnej. Nie może być ono – i nigdy nie było - ograniczone wyłącznie do osób heteroseksualnych – nie istnieją żadne „kwalifikacyjne” procedury weryfikujące zdolność do zawarcia małżeństwa ze względu na orientację seksualną. Oczywiście są osoby, które się nie pobierają, ale powody tego są różnorodne i nie sprowadzają się do ich nieheteroseksualnej lub homoseksualnej orientacji.
Wprowadzane w ostatnich latach w wielu krajach ustawodawstwo dotyczące małżeństw jednopłciowych nie urzeczywistnia więc postulatu równouprawnienia wszystkich obywateli – rzekomo niezagwarantowanego w dotychczasowych przepisach - a wprowadza radykalną zmianę w zakresie treści już wcześniej istniejących, całkowicie równych uprawnień wszystkich dorosłych jednostek. Po dokonaniu odpowiednich zmian legislacyjnych każdy dorosły człowiek ma prawo zawrzeć małżeństwo z osobą tej samej płci lub z osobą płci przeciwnej. Z oczywistych powodów to nowe jednostkowe prawo nie może w żaden sposób zostać „ograniczone o połowę” ze względu na czyjąś „stałą” (niebinarną) orientację seksualną. Podobnie jak w przypadku istniejącego wcześniej prawa jednostki do zawarcia „tradycyjnego” małżeństwa, sam fakt bycia osobą heteroseksualną lub homoseksualną pozostaje całkowicie nieistotny z punktu widzenia zagwarantowanej prawnie możliwości urealniania radykalnie zmodyfikowanej instytucji jaką jest zredefiniowane małżeństwo – od teraz z istoty fakultatywnie hetero – lub bądź homoseksualne. Wystarczy zestawić ową ukształtowaną na nowo treść przepisów odnoszących się do związków małżeńskich z zasadniczo niekwestionowanym już dziś prawem do rozwodu i zawierania kolejnych – nieograniczonych pod względem liczby – małżeństw, by zauważyć możliwe konsekwencje zaistniałego w ten sposób stanu prawnego (obejmujące również rozstrzygnięcia dotyczące dzieci pochodzące z poszczególnych związków).
Małżeństwa nietradycyjne: czy tylko homoseksualne?
Z prawnego punktu widzenia małżeństwo można – skądinąd w sposób zawężający jego istotę - potraktować jako dwustronne zobowiązanie dwóch osób, które wstępują w szczególny rodzaj umowy cywilnej. Taki charakter tej instytucji ujawnia się w definicji małżeństwa zawartej w California Family Code z 1977 roku, przywołanej w skardze prawnej dwóch par homoseksualnych, które w 2009 roku podjęły kroki mające na celu zniesienie zakazu małżeństw jednopłciowych w Kalifornii. Sprawa ta zakończyła się ostatecznie w 2015 rozstrzygnięciem amerykańskiego Sądu Najwyższego znanym pod nazwą Obergefell v. Hodges, przyznającym parom jednopłciowym prawo do zawierania małżeństw na terenie wszystkich stanów. Według tej definicji, małżeństwo to „relacja osobista wynikająca z cywilnej umowy między mężczyzną a kobietą, której zawarcie wymaga zgody stron zdolnych do jej zawarcia” (US District Court, Northern District of California, Case No. 09 2292. Document 1-2, p. 9).
Ujmowane jako szczególnego rodzaju instytucja – a więc coś znacznie więcej niż kontrakt zawierany przez zainteresowane osoby - małżeństwo ma bardzo niewiele, jeśli cokolwiek, wspólnego z intensywnością, czy nawet autentycznością, wzajemnych uczuć, którymi obdarzają się nupturienci. Z tych samych powodów „pragnienie par jednopłciowych, aby wyrazić swoją miłość i zobowiązanie poprzez zawarcie małżeństwa i uzyskanie oficjalnej akceptacji swojego związku przez państwo” (US District Court, Northern District of California, Case No. 09 2292. Document 1-2, p. 2) należy uznać za wyraz fundamentalnego nieporozumienia dotyczącego owego instytucjonalnego aspektu małżeństwa. To właśnie to nieporozumienie zostało wyeksponowane przez brytyjskiego posła Marka Pawseya podczas debaty w brytyjskim parlamencie z 2013 roku, gdy zarzucił promującej nowe przepisy minister ds. kobiet i równości „pomylenie małżeństwa z ceremonią ślubną”. W podobnym tonie wypowiedział się konserwatywny poseł David Burrows, cytując pisarza i blogera Richarda Waghorna - deklarującego się jako homoseksualista - który określił takie podejście jako „pojmowanie małżeństwa jedynie jako swoistego zwieńczenia romansu”. (Przy braku przedstawienia jakiejkolwiek merytorycznie doniosłej argumentacji przez promotorów i zwolenników wprowadzanych właśnie w Polsce zmian warto przejrzeć sobie transkrypcję tej brytyjskiej debaty parlamentarnej sprzed kilkunastu lat).
Tradycyjnie rozumiana prawna instytucja małżeństwa ma jasno określoną tożsamość i bardzo długą historię. Jakakolwiek próba modyfikacji jej istotnej treści powinna być poparta solidnymi argumentami. Można zasadnie twierdzić, że to, co wydarzyło się w krajach, które uznały prawnie małżeństwa jednopłciowe, jest przykładem modyfikacji prawa na wielką skalę, dokonanej z powodów całkowicie nieadekwatnych. Decyzje podjęte przez ustawodawców podważyły tym samym jedną z najbardziej podstawowych zasad każdej istotnej zmiany legislacyjnej. Dodatkowo naruszyły również założenie o spójności systemu prawnego.
O owej spójności systemu prawnego mówił podczas debaty w Wielkiej Brytanii poseł partii konserwatywnej Roger Gale, wywodząc, iż „że jeśli [brytyjski] rząd traktuje serio kwestię leżącą u podłoża tego projektu, to powinien wycofać projekt ustawy, uchylić ustawę o partnerstwach cywilnych z 2004 roku, znieść instytucję małżeństwa cywilnego i stworzyć ustawę o związkach cywilnych, która dotyczyłaby wszystkich ludzi, niezależnie od ich orientacji seksualnej lub łączących ich relacji. To oznacza, że do grona osób uprawnionych do wchodzenia w tego rodzaju związek włączeni byliby również pozostający ze sobą w naturalnej relacji bracia, siostry oraz bracia i siostry.”
Usiłując zachować spójność modyfikowanych przepisów prawa dotyczących małżeństwa, należałoby jednak być może – wbrew prawdopodobnej niechęci po stronie niektórych zwolenników małżeństw jednopłciowych – pójść o krok dalej. O kwestii tej interesująco pisze prof. Małgorzata Łączkowska-Porawska, autorka monografii „Heteronomiczność i monogamiczność małżeństwa jako stosunku prawnego”: „Może wydawać się nieco zaskakujące, że za absolutną i bezdyskusyjną oczywistość przyjmuje się w Europie monogamiczność małżeństwa, skoro rozszerza się pojęcie małżeństwa na związki homoseksualne, a więcej państw na świecie dopuszcza wielożeństwo niż małżeństwo homoseksualne. […] Także argument o przemianach społecznych oraz wielokulturowości stosowany w odniesieniu do związków homoseksualnych, nie pojawia się w zasadzie w stosunku do poligamii, podczas gdy, jak trafnie zwrócono uwagę, w państwach europejskich wzrasta liczba praktykujących muzułmanów.” Jeśli w czasach globalizacji, masowych ruchów migracyjnych i szerokiego akceptowania kulturowej różnorodności upieramy się przy promowaniu pełnej równości oraz bezwarunkowego szacunku dla wartości uznawanych w innych kulturach, to zanim zdecydujemy się na legalizację małżeństw jednopłciowych, być może powinniśmy wcześniej rozważyć legalizację poligamii. W przeciwieństwie do związków homoseksualnych, poligamia jest rodzajem relacji małżeńskiej, który przez całe wieki był na dużą skalę „testowany” w wielu krajach i kulturach i nadal pozostaje zjawiskiem powszechnym. By się o tym przekonać wystarczy spojrzeć na mapę ukazująca regiony świata, w których poligamia jest prawnie uznanym typem małżeństwa. Czy zwolennicy rozszerzenia prawnego sensu instytucji małżeństwa o związki jednopłciowe byliby gotowi zaakceptować taki postulat?
Koniec etyki prawnonaturalnej?
Powołując w swym artykule urzeczywistniane właśnie – zgodnie z „planem” – „marzenia” osób pozostających w związkach jednopłciowych o przyznaniu im statusu małżeństw, ks. prof. Świeżyński nie sygnalizuje nawet ewentualnej potrzeby rozważenia pełnego sensu wprowadzanych zmian oraz ich daleko idących konsekwencji dla systemu prawa. Zamiast tego zakreśla perspektywę niezbędnej, jego zdaniem, modyfikacji normatywnej wykładni relacji homoseksualnych jako takich, wypływającej z uosabianej przez Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, tradycji prawnonaturalnej: „Ten [ich] namysł oraz jego
rezultaty nie są czymś nienaruszalnym i niezmiennym. Nie są one także nieomylne i nie wyczerpują zagadnienia. Są określoną perspektywą patrzenia, niewątpliwie mającą określone argumenty, ale i będącą dzieckiem jej czasów, trudną obecnie do przyjęcia dla wielu osób.
Jednak ich stanowisko nie oznacza, że dziś w świetle przełomowych ustaleń nauk
szczegółowych, nowych rezultatów badań biblijnych, ponownych przemyśleń filozoficznych i teologicznych nie można dojść do odmiennych rozstrzygnięć niż tamte.” Konieczność gruntownej rekonstrukcji jurysprudencyjnych podstaw prawnej instytucji małżeństwa miałaby w takim ujęciu wynikać z mających miejsce na naszych oczach głębokich przeobrażeń sfery elementarnego umocowania kluczowych zasad etycznych. Wymienionym przez Autora artykułu na pierwszym miejscu czynnikiem mającym generować owe przeobrażenia są nowe odkrycia w dziedzinie nauk szczegółowych.
Pozostaje całkowicie niejasne, które z „ponownych przemyśleń filozoficznych” z ostatnich lat – kluczowych dla ustalania treści norm i ocen moralnych, jak również toczących się wokół nich ustawicznie sporów – okazały się przełomowe w takim stopniu, że usprawiedliwiają dziś proklamowanie efektywnego zamknięcia w filozofii moralnej „epoki” Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu. Realny i dość raptowny koniec tej epoki być może rzeczywiście uzasadniałby rewolucyjne – pod względem ich znaczenia, jak i trybu wprowadzania – zmiany w systemie prawa, odnoszące się do społecznego funkcjonowania relacji „nieheteronormatywnych”. Zasadnicza rola w owym domniemanym światopoglądowym przesileniu, przypisana przez ks. prof. Świeżyńskiego rozwojowi nauk szczegółowych, zdaje się sugerować, że jesteśmy, jego zdaniem, świadkami swoistego historycznego tryumfu pewnej postaci etycznego naturalizmu. Kategorycznie odrzucona na początku dwudziestego wieku, w ostatnich dziesięcioleciach w istocie powraca ona jako atrakcyjna dla części etyków perspektywa ujmowania problematyki moralnej. Z całą pewnością nie jest to jednak powrót w jakikolwiek sposób rozstrzygający o przyszłości najważniejszych debat etycznych.
Gdyby jednak nawet uznać ów odwołujący się do ustaleń nauk szczegółowych naturalizm etyczny za reprezentatywny dla całokształtu współczesnych dociekań z zakresu filozofii moralnej, wypływające z przyjęcia jego elementarnych założeń wnioski nie będą prawdopodobnie wzbudzać bezkrytycznego entuzjazmu, również u zwolenników prawnej instytucjonalizacji związków jednopłciowych. Dotyczą one w pierwszym rzędzie ostatecznego kształtu i zasięgu projektowanych zmian legislacyjnych – przy uwzględnieniu tezy, że powinny być one wprowadzane z zachowaniem wskazanej wyżej systemowo-merytorycznej konsekwencji. Na rozważane w niektórych krajach propozycje ustanowienia instytucjonalnej formuły dla związków poliamorycznych zwraca uwagę Małgorzata Łączkowska-Porawska, przytaczając znamienny argument wysuwany na rzecz odpowiednich modyfikacji przepisów prawa: „konflikt pomiędzy niemonogamiczną naturą a monogamiczną tradycją musi zacząć być traktowany jako uzasadniony powód dla poszukiwania nowych form relacji.” Można się zastanawiać, czy aby rzeczywiście na uznanie zasługują również inne normatywne wskazania prezentowane w ramach współczesnego etycznego naturalizmu. Czy przedmiotem powszechnej akceptacji powinny się stać oparte na założeniach naturalistycznych postulaty dotyczące eugenicznych aborcji, programowania genetycznej tożsamości ludzkich jednostek, bądź też medycznie wspomaganego samobójstwa? Jaką argumentację przeciwstawić można na gruncie etycznego naturalizmu ewentualnym propozycjom z zakresu etyki społecznej stanowiącym kontynuację, czy odwołującym się wprost, do teorii ewolucjonistycznych spod znaku Herberta Spencera?
Co znaczące, sami rzecznicy naturalistycznego podejścia do kwestii moralnych, krytykując z analogicznych powodów (!) odrzucaną przez siebie tradycję metafizyczną, wskazują w sposób wyraźny na nieuchronne ograniczenia własnej metodologii. Choć przekonują usilnie do „uznania naszego obecnego stanu ogólnej wiedzy naukowej za najlepszą wersję historii wszechświata i jego zawartości, jaką obecnie posiadamy”, przyznają jednocześnie, że „jest to bez wątpienia opowieść pełna błędów i niedoskonałości, wciąż w trakcie tworzenia”(James Lenman, „Moral Naturalism”, Stanford Encyclopedia of Philosophy). Oparcie na tej opowieści programu rewolucyjnych przekształceń sfery ugruntowanych obyczajów, publicznej moralności i systemu prawa musi budzić poważne wątpliwości, a zarazem zadziwia manifestowaną przez promotorów owych fundamentalnych zmian odwagą.
Chrześcijaństwo „otwartej” ortodoksji?
Tym, co zadziwia jeszcze bardziej, jest zarysowana w tekście ks. prof. Świeżyńskiego - i najwyraźniej w pełni przez niego aprobowana – wizja chrześcijaństwa, mającego wykazywać własności analogiczne do tych, które charakteryzują wspomnianą „niedoskonałą” opowieść o wszechświecie w wykonaniu przedstawicieli nauk szczegółowych. Streszczone w artykule i pozytywnie przez Autora ocenione przesłanie homilii ks. Michała Jabłońskiego – duchownego kościoła ewangelicko-augsburskiego współcelebrującego ekumeniczne nabożeństwo dla osób LGTBQ+ – stanowi wyraz zdystansowania się homilety (podążającego za własną interpretacją fragmentu Drugiego Listu św. Piotra) względem wspólnoty wczesnych chrześcijan zaangażowanych w „obronę wiary i wprowadzanie ortodoksji, co wynikało z rosnącego przekonania o posiadaniu jedynej prawdy.” Należy prawdopodobnie przyjąć, że – zdaniem kaznodziei – właściwą postawą byłoby w tamtym kontekście podejście znacznie bardziej otwarte na zaznaczające się wśród wierzących doktrynalne rozbieżności.
Niezwykle trudno podjąć polemikę ze współczesnym reprezentantem jednej z najstarszych tradycji religijnych, prezentującym stanowisko krytyczne względem rozstrzygnięć o charakterze dla tej tradycji tożsamościowym, podejmowanych u samego jej początku – przed niemal dwoma tysiącami lat. Zazwyczaj – zwłaszcza w nurcie protestanckiego chrześcijaństwa – oś historycznych odniesień tego rodzaju krytyki zorientowana jest odwrotnie: usiłuje się wykazać stopniowy upadek oryginalnej, pierwotnie niezepsutej formuły instytucjonalno-doktrynalnej, nienaruszonej postępującym w mniejszym lub większym tempie osłabnięciem żarliwości przyjmujących ją w początkowym okresie wyznawców. Pytania pod adresem ks. Jabłońskiego, które nasuwają się w sposób niedoparty, dotyczyłyby jego stosunku do tak przełomowych, a zarazem ewidentnie nieinkluzywnych, momentów w rozwoju chrześcijaństwa, jak np. sobór nicejski, którego okrągła rocznica obchodzona była uroczyście w roku ubiegłym. Czy św. Atanazy nie wykazywał się aby nadmierną gorliwością w swoich dramatycznych zmaganiach o odpowiedni kształt chrześcijańskiej ortodoksji?
Nie wydaje się niczym dziwnym, że integralną część tej ortodoksji stanowi od samego początku chrześcijańska doktryna moralna, obejmująca z powodów oczywistych stosowne wskazania odnoszące się do zachowań seksualnych. Jednoznaczna ocena praktyk homoseksualnych – podobnie jak relacji niemonogamicznych – jest jednym z najtrwalszych elementów etycznego kodu chrześcijaństwa w jego najszerszym rozumieniu. Próba zakwestionowania takiego jej statusu poprzez podważenie samej idei ortodoksji prowadzi nieuchronnie w ślepa uliczkę. Jako w równym stopniu nieudane należy ocenić próby wykazania, że krytyczne nastawienie do homoseksualizmu przeniknęło do chrześcijańskiej doktryny niejako przypadkowo, na skutek światopoglądowych ograniczeń, czy też kulturowych uprzedzeń, pierwszych chrześcijan. Pisze o tym trafnie amerykański autor Robert Royal w kontekście dyskusji wokół ogłoszonego niedawno końcowego raportu tzw. 9-tej badawczej grupy synodalnej, poświęconego „aktualnie wyłaniającym się kwestiom” [Emerging Issues]: „Homoseksualizm, kobiety-kapłanki i inne heterodoksyjne „paradygmaty” były w świecie pogańskim w pierwszych wiekach chrześcijaństwa zjawiskiem dość powszechnym. Żadna z tych kwestii nie „wyłoniła się” [emerged] wówczas w życiu Kościoła. Dla wyznawców „Drogi” były one całkowicie nie do zaakceptowania. […] Nawróceni poganie otrzymywali następujące wskazówki: <<Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone, i od nierządu [sexual immorality] (Dz. 15:29).>> A więc od potencjalnego bałwochwalstwa i od πορνεια – co, jak potwierdzi każdy grecki słownik, oznacza nie tylko prostytucję, ale także cudzołóstwo i nieczystość. Niezależnie od tego, co jeszcze może oznaczać ten fragment, nie zezwala on na to, co zarówno tradycja żydowska, jak i praktyka wczesnego Kościoła rozumiały jako zakazane przez Boga, tj. na tego rodzaju relacje między osobami tej samej płci, których „wyłonienie się” postuluje obecnie grupa badawcza. Można by pomyśleć, że w ciągu 2000 lat istnienia chrześcijaństwa „wyłoniłyby się” one już dawno temu. Jednak tak się nie stało.”
Uwzględnienie wskazanego wyżej kontekstu każe na koniec postawić wprost kwestię rzeczywistego podłoża rewolucyjnego przedsięwzięcia społeczno-kulturowo-legislacyjnego, promowanego w artykule ks. prof. Świeżyńskiego. Przywołany na początku tekstu werset 14 Psalmu 19, recytowanego wspólnie przez uczestników ekumenicznego nabożeństwa współcelebrowanego przez Autora – „Także od pysznych ustrzeż swojego sługę, niech nie panują nade mną!” – jak również dołączona do niego jego odautorska wykładnia, sugerują, że realizowane ma być ono jako odpowiedź na uzurpatorską pozę tradycjonalistycznej części społeczeństwa/poszczególnych wspólnot chrześcijańskich, roszczącej sobie pretensje do posiadania monopolu na prawdę. Co interesujące, jeśli sięgnąć do szerszego fragmentu cytowanego psalmu oraz porównać alternatywne wersje przekładu jego wyszczególnionej części, okazuje się, że mógłby on służyć jako podstawa zgoła odmiennej interpretacji zdarzeń. Począwszy od Biblii Brzeskiej – „Zachoway mię też sługę twego od swawoleństw vpornych aby nademną nie panowały”, poprzez tłumaczenie Księgi Psalmów autorstwa ks. Biernackiego – „Od namiętności moich też ustrzeż sługę Swego. Jeśli nademną nie będą one panowały [tedy będę bez skazy i ustrzeżonym zostanę od grzechu jak największego]”, aż po uwspółcześniony tekst Biblii Gdańskiej – „Chroń też swego sługę od zuchwałych grzechów, aby nie panowały nade mną”, cały szereg przekładów biblijnego tekstu eksponuje zawartą w nim przestrogę przed możliwością czysto subiektywnego zafałszowania Boskiego prawa. (Takie odczytanie sensu tego fragmentu zdecydowanie dominuje w ponad trzydziestu – historycznych i współczesnych - tłumaczeniach Biblii na język angielski – psalmista prosi w nim Boga by ustrzegł go od jego własnymi „willful sins”, „presumptuous sins”, „stupid sins”, „arogant sins”, „sins of pride”, „pride and arrogance”). Również poniekąd kompromisowa wersja przekładu modlitwy psalmisty zaproponowana w Biblii Tysiąclecia akcentuje raczej niebezpieczeństwo solipsystycznego zagubienia sensu Boskich nakazów, niż groźbę opresywnego narzucenia ich zmanipulowanej treści całej wspólnocie przez owładniętą pychą większość: „Kto jednak dostrzega swoje błędy? Oczyść mnie od tych, które są skryte przede mną./Także od pychy broń swojego sługę, niech nie panuje nade mną!” Do rozważenia możliwości tego rodzaju uwarunkowań projektu urzeczywistniania „marzeń” zwolenników instytucjonalizacji – świeckiej i eklezjalnej – związków jednopłciowych skłania dodatkowo sposób wykorzystania w ramach jego promocji jednej z najbardziej rozpoznawalnych przypowieści ewangelicznych. Jej niemal kanoniczne odczytanie jako metafory wytrwałego oczekiwania wierzących na wypełnienie się ich eschatologicznej nadziei zastąpione zostaje wykładnią zalecającą operacyjną sprawność w realizacji indywidualnych – mniej lub bardziej wyrafinowanych – pragnień poszczególnych osób. Czy naprawdę Pannom Mądrym chodzi ostatecznie o to, by urzeczywistnić – tu i teraz, z pominięciem społecznie ustanowionych procedur, wbrew zgłaszanym przez innych wątpliwościom – swoje najbardziej nawet uduchowione marzenia?
„Z tej samej przędzy co sny nas utkano/A nasze krótkie życie z obu stron/Snem spięte... We are such stuff/As dreams are made on, and our little life/Is rounded with a sleep…(tłum. Piotr Kamiński)” stwierdza poetycko Prospero w szekspirowskiej “Burzy”. Sny i marzenia jako elementarne tworzywo ludzkiego świata to wizja estetycznie porywająca. Wielbiciele dramatów Mistrza ze Stratfordu wiedzą jednak, że zza poetyckiego manifestu głównego bohatera jego ostatniego dzieła wyziera dość niepokojący obraz stworzonej na zagubionej pośród mórz wyspie dystopii...
Adam Cebula
Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.
(1973), doktor filozofii oraz nauk prawnych, anglista. Jego zainteresowania badawcze obejmują metaetykę, filozofię polityczną i filozofię prawa.Od kilku lat skupia się na zagadnieniach związanych z etyką wojny.