
Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.
Żaden święty Kościoła katolickiego nie może się równać z Biedaczyną z Asyżu pod względem rozpoznawalności. Do dziś fascynuje, do dziś jest w Kościele równie często podziwiany, co nierozumiany. Wreszcie, przez świat przekłamywany, zniekształcany i instrumentalizowany. W niniejszym tekście chciałbym nakreślić kilka cech jego świętości w kontekście pewnego opatrznościowego daru – daru odnowy Kościoła. Święty ten żył przecież w czasach jednego z największych kryzysów świata katolickiego. Powszechne zepsucie duchowieństwa i elit sprawiło, że inna święta, Jadwiga Śląska, będąca twarzą europejskich elit, ukryła się w klasztorze i powierzyła swoje życie Bogu, nie widząc innej możliwości ocalenia Europy (Koneczny, 2022, s. 105). Bóg jednak w swej Mądrości, zapewne także za sprawą modlitewnego kadzidła mnichów i mniszek, podarował Kościołowi zakony żebracze: Psy Pańskie i Braci Mniejszych.
Chciałbym pochylić się nad odnową franciszkańską jako punktem wyjścia do refleksji i modlitwy dla tych wszystkich wiernych przywiązanych do Tradycji Łacińskiej, którym leżą na sercu dobro i przyszłość Oblubienicy Chrystusa, czyli Świętego Kościoła, a którzy z różnych powodów wątpią w to, czy Boża łaska działa w widzialnym Kościele. Wiadomo, że podobieństwo naszych czasów do XIII wieku można rozpatrywać jedynie na zasadzie analogii. Także wtedy szerzyły się herezje (waldensi, katarzy), których przedstawiciele, opierając swoje przepowiadanie Ewangelii na ubóstwie i sprzeciwie wobec zepsucia moralnego, oddzielali się od instytucji kościelnych, a nawet występowali przeciwko nim. Nie ma jednak prostych powtórzeń. Nasze czasy nie są czasami św. Franciszka. Jest on dla nas podporą, wsparciem i inspiracją, ale nie możemy powtórzyć jeden do jednego jego życia. Sami franciszkanie szybko się o tym przekonali. Kościół jednak, pogrążany od czasu do czasu w zamęcie i kryzysie, zawsze znajdował nowe, ożywcze sposoby wyjścia z trudności. Mieliśmy monastycyzm św. Benedykta. Możemy wspomnieć o zdecydowanym oporze św. Atanazego wobec arianizmu, na którego przykład chętnie powołują się tradycjonaliści. Wreszcie o reformie kluniackiej czy trydenckiej.
Dlaczego zatem proponuję wiernym Tradycji refleksję nad postacią św. Franciszka? Po pierwsze, obchodzimy w tym roku ostatnią z wielkich rocznic franciszkańskich – 800-lecie śmierci tego świętego. Po drugie, niczym szczególnym nie jest odwoływanie się do tych świętych, którzy podobają się nam pod względem formy i treści. Warto jednak zwrócić się właśnie ku tym, którzy są dla nas trudni. Św. Franciszek z Asyżu nie jest łatwym patronem i, jak sądzę, swoją postawą może skłonić wielu tradycjonalistów do nawrócenia i oczyszczenia, a także pomóc im lepiej rozpoznać drogę, którą podążają. Dlatego właśnie ten święty jest, w moim przekonaniu, szczególnie bliski nam – wiernym Tradycji – w dzisiejszym świecie.
Ducha odnowy franciszkańskiej można ująć w trzech punktach: umiłowaniu ubóstwa, duchu pokuty i bezgranicznym posłuszeństwie Kościołowi, a także radości płynącej z doświadczenia Bożych darów i stworzenia, która rodzi braterstwo oraz komunię między braćmi. Polski cysters Stanisław Kiełtyka zwraca uwagę na uderzające podobieństwo św. Franciszka do Jana Chrzciciela, tak obce jego popkulturowym wyobrażeniom (1982, s. 5). Franciszek jest więc również przykładem dojrzałej męskości. Nie miał w sobie nic z sentymentalnego, rozmarzonego poety. Był mężczyzną z krwi i kości: świętym wewnętrznie uporządkowanym, silnym wolą i łagodnym w usposobieniu. Zarażał innych radością, a zarazem stanowczo i zdecydowanie ganił to, co uważał za błędną drogę do zbawienia.
Liturgia - źródło i szczyt życia chrześcijańskiego
Wierni Tradycji stawiają liturgię w centrum życia duchowego. Czynią to zresztą w zgodzie z nauczaniem samego Kościoła, który słynną formułę o źródle i szczycie umieścił w konstytucji o liturgii Soboru Watykańskiego II. Świętego Franciszka rzadko kojarzy się z liturgią. Niesłusznie przypisuje mu się nieustanne dążenie do modlitwy spontanicznej, skrajnie indywidualistycznej, pozbawionej owego „gorsetu”, jak pejoratywnie określa się porządek i piękno formy. Owszem, święty praktykował taką modlitwę osobiście, ale nie we wspólnocie. W niej zachowywał pełną pokorę, nie wychylał się i przestrzegał reguł nadających modlitwie charakter wspólnotowy i powszechny. Tą postawą niejako przełamywał duchowy egoizm, który kilka wieków później stał się również naszym problemem. Warto też zauważyć, że wiedzę o Ewangelii i Piśmie Świętym czerpał z liturgii, z codziennego uczestnictwa we Mszy Świętej. Sam Franciszek był człowiekiem głęboko eucharystycznym i to właśnie Najświętszy Sakrament ożywiał całe jego życie duchowe. Warto przy tym dodać, że za jego czasów kult adoracji eucharystycznej poza Mszą dopiero się rozwijał i prawdopodobnie przez większą część życia Franciszka nie odgrywał jeszcze takiej roli jak później. Jego głęboka adoracja wiązała się przede wszystkim z uczestnictwem we Mszy Świętej.
Tak jak współczesny świat próbuje nam wmówić, że Biedaczyna z Asyżu był ekologiem, a może i wegetarianinem, tak tradycjonaliści najchętniej przedstawiają go jako świętego, który podkreślał, że w kulcie religijnym nie ma miejsca na tanią tandetę. Kielichy, ornaty i kościoły powinny być jak najpiękniejsze, bogato zdobione. Obraz ten nie jest fałszywy, wymaga jednak doprecyzowania. Przede wszystkim katolik nie powinien radzić sobie z pewną niezgrabnością tego świętego, odwołując się wyłącznie do tego, co mu odpowiada, i pomijając rzetelną pracę duchową nad tajemnicą Boga, którą Franciszek odkrył dla Kościoła i którą odkrywa także dla nas.
Zatrzymajmy się jednak u początku jego nawrócenia. „Franciszku, odbuduj mój Kościół” – rzekł Zbawiciel. Franciszek ruszył więc do działania: zaczął odnawiać kościółek w San Damiano, a później słynną Porcjunkulę. Często słyszy się, że była to pomyłka, że Bóg chciał od niego czegoś więcej, a on zrozumiał wezwanie dosłownie. A przecież nie o to chodziło. Doprawdy, nie o to? Podczas Soboru Laterańskiego IV, w którym święty później uczestniczył, zwracano uwagę na stan wielu zaniedbanych kościołów: pozostawały brudne, a święte księgi liturgiczne kładziono bez szacunku na podłodze. Taki był stan ówczesnego Kościoła. Tak, liturgia jest pierwsza. Dlatego św. Franciszek rozpoczął dzieło odnowy Kościoła od widzialnego znaku, jakim jest świątynia, w której codziennie mogą być sprawowane święte misteria.
A zatem po pierwsze – prosta codzienność, która jest procesem. Nie wystarczy napisać setek komentarzy w internecie, by liturgia stała się piękna. Trzeba przystąpić do praktycznej odnowy naszych świątyń. Symbolicznie – zacząć od ich wysprzątania, a w wymiarze realnym wyruszyć drogą nie agresji i walki, lecz nauki, wtajemniczania, rozmów z duchownymi i wiernymi. To droga powolnego oczyszczania, by stać się pasem transmisyjnym Bożego piękna w kulcie, a nie kijem bejsbolowym. Nie należy się załamywać, jeśli efekty nie przychodzą szybko, lecz trzeba trwać przy Kościele takim, jaki jest, i tam, gdzie jest. Kościółek w San Damiano nie został odbudowany w jeden dzień. Ba, święty musiał chodzić i prosić o budulec. Była to ciężka praca fizyczna. Trzeba być sługą Kościoła i liturgii, a nie kimś, kto załamuje ręce, gdy nie dostaje w swojej parafii tego, czego by chciał, niczym klient w supermarkecie. Trzeba być sługą, który pokornie, na miarę swoich możliwości, sprząta i buduje, a zarazem od czasu do czasu czerpie z tych miejsc kultu Bożego, które zostały już odnowione.
Po drugie – pokora służąca jedności. Postmodernizm każe nam wierzyć, że zdobytą wiedzę, a nawet wyszukany smak estetyczny należy narzucić wszystkim, ponieważ wyrażają coś lepszego niż stan obecny. Franciszek uczy jednak pokory. Nie wszystko da się zrobić od razu. Owoce należą do Boga. My mamy nosić kamienie i murować, ale tylko On – Głowa Kościoła – wie, czy następnego dnia uda nam się zdobyć kolejny budulec. Pokora oznacza również zdolność do zawieszenia własnego sposobu przeżywania relacji z Bogiem, by zrobić nieco miejsca dla innych członków Kościoła, także tych, z którymi się nie rozumiemy. Nie chodzi o przyzwolenie na błąd, lecz o jasne i realistyczne spojrzenie. W moim ukochanym Kościele jest wielu braci, którzy nie mają odpowiedniej wiedzy i są słabo zkatechizowani. Co proponuje Franciszek? Stań na ostatnim miejscu, a umocnisz innych. Kto chce przewodzić wyłącznie o własnych siłach, może doprowadzić Kościół na manowce.
„W kontekście szerokiej gamy zagrożeń, o jakich piszą współczesne media, kwestią kluczową wydaje się rozbudzenie w człowieku przekonania, że posiada w sobie wystarczająco wiele siły, by im zaradzić. Musi jednak otworzyć się na Boga, przyjąć Go w swoje życie, by działać odtąd z Jego pomocą, widzieć z pomocą Jego oczu i kochać siłą Jego miłości. To warunek, by się nie tylko nie załamać z powodu rozmaitych trudności, ale by je zamieniać w okazje sprzyjające do dalszego wzrostu, ciągłego rozwoju, pomnażania piękna. Kiedy tego brak, kiedy człowiek zostaje pozostawiony samemu sobie, kiedy liczy wyłącznie na swoje siły i stworzoną inteligencję, znajduje się w głębokim impasie” (Kijas, 2025, s. 17).
Pokora liturgiczna rodzi wdzięczność za środki uświęcenia, które są darem Stwórcy. W swej istocie nie zależą one od nas, choć Bóg zaprasza nas do współpracy. Dlatego pokora liturgiczna rodzi również potrzebę i pragnienie liturgicznego ubóstwa. Człowiek pragnie pięknego kultu. Niekiedy pragnie też – choć tradycjonaliści niechętnie przyznają to nawet przed sobą – by piękno go pociągało, by tajemnica stawała się dostępna zmysłom. Także to pragnienie i ta potrzeba są Bożym darem. Rozwój duchowy wymaga jednak zachowania równowagi między różnymi wymiarami życia wiary. Ubóstwo liturgiczne, z którym na co dzień mierzymy się w polskim Kościele, oraz daleko posunięta banalizacja szczytu życia chrześcijanina otwierają przed nami drogę pokory. Kryzys infantylizacji będzie trwał tak długo, jak długo Kościół nie uzna, że sakramenty są darem Boga, a niektórzy wierni będą uważali, że mogą sprawować je na własną modłę, nawet jeśli kierują się przy tym obiektywnym pięknem.
Musimy w pokorze zachwycić się Bożymi darami, mocno uchwycić się tej prawdy, że to nie od nas one pochodzą. Ich moc, wielkość i uświęcająca siła – „moce wychodzące z zawsze Żywego Ciała Chrystusa”, jak mówi Katechizm – nie zależą od ludzkiej ułomności, niewiedzy czy słabości. Nie przekreślają ich ani chęć celebransa, by błysnąć i popisać się aktorstwem, ani nadmierna niekiedy estetyzacja liturgii, przejawiająca się choćby w przeciąganiu śpiewu chorału gregoriańskiego, który niewiele ma wspólnego z monastycznym sznytem. Nie niweczą ich nawet nadużycia liturgiczne. Łaska Boża płynie bowiem obficie w Kościele i dociera do wszystkich, którzy z wiarą i miłością stają przed ołtarzem, z sercem czystym, skruszonym i pełnym zaufania. Zaiste, wielka to wiara: mimo niedoskonałych, rażących niekiedy gestów i formy przeżywać i doświadczać realnie tego, co przecież się dzieje – obecności Wcielonego Chrystusa, który umarł, zmartwychwstał i wstąpił do nieba. I tego uczy nas św. Franciszek: pamiętaj, że bez względu na kiepską współpracę człowieka Pascha Chrystusa jest uobecniana w Kościele na mocy świętości Boga.
Jak powiedział jeden z franciszkanów podczas homilii, której miałem okazję wysłuchać, dzieło odnowy Kościoła rozpoczyna się od uwierzenia w Kościół i Kościołowi. Od uwierzenia, że Kościół jest znakiem zbawienia, przez który przepływa łaska Boga, bez względu na grzechy jego dzieci. Św. Franciszek taką postawą uczynił więcej aniżeli cały tabun uczonych i szczerych krytyków.
Nie rodzi to oczywiście pokusy machnięcia ręką na ową banalizację życia sakramentalnego, ale daje pokój serca, nadzieję na przyszłość, a przede wszystkim świadomość własnej ułomności. Możemy krzyczeć na księży, którzy wygłupiają się podczas Mszy Świętej czy odprawiają ją z prędkością światła. Możemy jednak powierzyć Panu każdą naszą modlitwę i każdą naszą obecność na liturgii i nabożeństwach, także wtedy, gdy byliśmy przygnieceni własną niedbałością i rozproszeniem, brakiem stanu łaski uświęcającej lub pogrążeni we własnych problemach tak bardzo, że Bóg był tylko tłem. Możemy wreszcie w pokorze zdetronizować własne pomysły na liturgię. Jest ona dana. Ta właśnie franciszkańska pokora jest pierwszą drogą do odnowy liturgii. Wiedza, nauczanie i teologia mogą wydać owoce dopiero wówczas, gdy towarzyszy im ów zachwyt.
Czy pokochałeś już ubóstwo?
Czyż piękne celebracje nie ociekają bogactwem formy? Tak, i nie ma w tym nic złego, ale Franciszek naprawdę pokochał ubóstwo, choć nie było ono celem samym w sobie, lecz raczej środkiem do osiągnięcia ewangelicznej wolności. Jak łatwo wykręcamy się od zmierzenia z tym fenomenem, uciekając w teorie o ubóstwie w sercu czy retorykę o tym, że piękno prowadzi do Boga, więc trzeba na każdym kroku poprawiać fryzurę, włożyć najlepszy garnitur czy sukienkę i żyć na wzór dziewiętnastowiecznych arystokratów. To temat na dłuższą opowieść, która nie jest tu konieczna. Warto zasygnalizować, że wielu wiernych, w tym tradycjonaliści, powinno pozytywnie skonfrontować się z katolickim umiłowaniem prostoty życia. W świecie wynaturzonej konsumpcji każdy z nas, mniej lub bardziej, zbyt łatwo się w tej materii usprawiedliwia.
Ale ubóstwo uczy czegoś innego. Prawdą jest, że Kościół nie jest instytucją charytatywną i że nie to stanowi jego główną misję, a przecież trudno nie przyznać racji św. Jakubowi Apostołowi, który pisze, że „wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2, 17). Trudno nie zauważyć, jak przez wieki rozwijały się kościelne dzieła miłosierdzia i wolontariat na rzecz biednych, słabych, chorych, umierających, samotnych i sierot. To wszystko jest wielkim dziełem cywilizacyjnym, budującym to, co św. Paweł VI nazwał cywilizacją miłości, a św. Jan Paweł II – cywilizacją życia.
Przyznam szczerze, że ze smutkiem obserwuję, jak wielu pobożnych wiernych, odkrywając Mszę trydencką, porzuca niekiedy od razu te katolickie dzieła miłosierdzia, w których czynnie brali udział (wiadomo, że w tych miejscach trudno o piękną liturgię). A przecież Bóg jest o wiele bliżej chorego czy biednego niż podczas tych wszystkich spotkań dystyngowanych dżentelmenów-intelektualistów i dam-artystek. Nie chodzi o przeciwstawianie sobie tych elementów życia. W powszechnym obiegu brakuje jednak tradycjonalistów zaangażowanych w tę wielką odnowę, jaką jest ewangeliczna miłość bliźniego.
Duchowość św. Franciszka prowadzi jednak do jeszcze jednego wezwania do nawrócenia. Jeśli nawet uważasz, że dzieła miłosierdzia nie są niczym złym, ale są przeznaczone dla prostych wiernych, podczas gdy ty prowadzisz prawdziwe dzieło odnowy Kościoła poprzez walkę z moralnym zepsuciem, aborcją i herezją – nie tylko w internecie, lecz nawet za pośrednictwem książek czy rozmów – jesteś w błędzie. Wszystko to należy czynić, ale najpierw trzeba pamiętać o słowach Chrystusa: „Chcę raczej miłosierdzia, niż ofiary, nie potępiajcie niewinnych” (Mt 12, 7).
Posłuszeństwo i pokuta
Św. Franciszek żył w czasach, gdy powstawały nowe wspólnoty religijne, które, pragnąc prowadzić surowe, ascetyczne życie, przeciwstawiały się instytucji i hierarchii kościelnej. Św. Franciszek mógł rozpocząć dzieło odnowy Kościoła właśnie dlatego, że tego nie uczynił. Wszystko odnosił do Kościoła widzialnego. Była to dla niego jedyna słuszna droga, nawet wtedy, gdy Kościół go odrzucał. Nie odwoływał się do abstrakcyjnie pojmowanej Tradycji, którą poznajemy za pomocą własnego rozumu, lecz do Tradycji żywej, pozostającej pod władzą kluczy powierzonych hierarchom i przekazywanej we wspólnocie ochrzczonych, a nie jedynie utrwalonej na starożytnych pergaminach. Dzięki łasce Bożej Franciszek darzył kapłanów wielką miłością, którą wyraził słowami: „Gdyby mi się przydarzyło spotkać równocześnie jakiegoś świętego z nieba i jakiegoś biednego księdza, to najpierw uczciłbym kapłana i pospieszyłbym co rychlej ucałować mu ręce. Powiedziałbym: Ach, święty Wawrzyńcze, zaczekaj! ponieważ jego ręce dotykają Słowa żywota i mają w sobie coś nadludzkiego” (za: Florentino, 2026, s. 216).
Oczywiście nie chodzi tu o bezkrytyczne posłuszeństwo. Gorliwość i pewna poetyckość świętego wyrażają podstawową zasadę odnowy Kościoła: posłuszeństwo wobec tych, którzy „zasiadają na katedrze Mojżesza”. Nie chodzi o to, by naśladować ich czyny, lecz by czynić to, co nam polecają (Mt 23, 2-3), ze względu na Chrystusa. Jeśli małżeństwo jest obrazem miłości Chrystusa do Kościoła, a małżonkowie „mają być sobie wzajemnie poddani ze względu na bojaźń Pańską” (Ef 5, 21), to również my, wierni, mamy być poddani Kościołowi ze względu na Zbawiciela. To w pewnym sensie podstawy życia katolickiego. Św. Franciszek uczy nas czegoś niezwykle ważnego, a zarazem sprzecznego z ludzkim sposobem myślenia – czegoś nadprzyrodzonego. Gdy spotykamy się z decyzją przełożonych niezgodną z naszą wolą, często przynajmniej w sercu przechodzimy na stronę kontestacji i oporu. Franciszek mówi natomiast: zgódź się ze względu na Chrystusa, bo On pokona wszelką niesprawiedliwość. Posłuszeństwo w Kościele uświęca nie dlatego, że Bóg zawsze stawia na naszej drodze świętych i wspaniałych kapłanów, lecz właśnie dlatego, że bywa ono trudne, a niekiedy staje się doświadczeniem krzyża. Apokalipsa św. Jana poucza nas: „Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się!” (Ap 3, 19). Zbawienie dokonuje się w Kościele i przez Kościół. Chodzi o Kościół widzialny, a nie o duchową wizję zapisaną w starych podręcznikach dogmatyki.
Nie można jednak popadać w zwykły klerykalizm ani przymykać oka na znieważanie Prawa Bożego, zwłaszcza gdy dzieje się krzywda innym. To oczywiste i nie to stanowi główne zagrożenie dla tradycjonalistów. Sądzę, że w tej dziedzinie warto podjąć franciszkańską naukę w jej najbardziej podstawowym wymiarze. Zadać sobie pytanie: czy nie za łatwo oskarżam? Czy nie oceniam zbyt surowo duchownych i biskupów, którzy mi się nie podobają? Dlaczego tak trudno dostrzec mi w tych doświadczeniach narzędzie własnego uświęcenia? Czy nie za szybko pragnę położyć kres herezjom za pomocą pochopnych, topornych cięć? Czy nie wyhodowałem w sercu postawy bałwochwalczej, przez którą zamiast przyjmować nauczanie papieża, automatycznie stawiam je przed surowym sądem własnego rozumu, niczym przed trybunałem inkwizycyjnym? Nie sądzę, by groziły nam bezmyślność, bezkrytycyzm czy zamiatanie spraw pod dywan. Skandale związane z naruszeniami szóstego przykazania uodporniły wiernych na fałszywie rozumiane posłuszeństwo. A jednak wśród wiernych Tradycji szerzy się głęboko zakamuflowana postać pełzającego nieposłuszeństwa. Przejawia się choćby w przyzwoleniu na zwątpienie i lekceważenie Kościoła, pozbawione miłości do niego.
Franciszek odkrył lekarstwo na pychę. Jest nim pokuta: asceza, post, modlitwa i jałmużna. To najprostsze środki uświęcenia w życiu osobistym. Nocne czuwanie, odmawianie sobie rzeczy, które lubimy i cenimy, troska o potrzebujących. Wyobrażamy sobie środowiska Tradycji jako wspólnoty pokutników, wiecznie poważnych, zwłaszcza w Wielkim Poście. Nie sposób ocenić, w jakim stopniu duch pokuty jest rzeczywiście obecny w życiu wiernych. Pokuta należy do najbardziej osobistych wyrazów miłości Boga. I znów: nie chodzi o porzucenie zdrowej apologetyki czy dysput teologicznych. Jeśli jednak mają one przynieść owoce stukrotne, muszą być wsparte modlitewną kontemplacją i zdrową ascezą. Św. Franciszek nie umartwiał ciała dlatego, że uważał je za złe. Przeciwnie, współpracując z łaską Bożą, wiedział, że jego własne ciało – jego brat osioł – jest zdolne przekraczać własne ograniczenia. Kościół jest Ciałem Chrystusa. To nadprzyrodzone Ciało, mimo słabości swoich członków, niczym brat osioł jest zdolne przez pokutę przezwyciężać grzech. Odnaleźć w sobie i we wspólnocie ducha pokuty to także odkryć z zachwytem, że wielu zupełnie nieznanych nam wiernych, zwłaszcza w zakonach kontemplacyjnych, żyje tym duchem, ofiarowując swoją miłość Bogu Ojcu za Kościół. Godzina adoracji przed Najświętszym Sakramentem, przeżyta przez skruszoną duszę, znaczy niekiedy więcej niż niejedna książka, wywiad czy sympozjum – co nie umniejsza wartości tych dzieł. To duch ascezy przynosi im owoce i je umacnia. Przestajemy wówczas oczekiwać szybkich rezultatów, jakby zależały wyłącznie od nas, i powierzamy się Bogu z radosną ufnością, przeżywając życie głęboko i… coraz głębiej.
Pan dał mi braci
I tu dochodzimy do kluczowej cechy duchowości, którą kojarzymy ze św. Franciszkiem – radości. Oczywiście nie chodzi o radość emocjonalną, lecz o tę głęboko związaną ze świadomością, że Bóg jest obecny w naszym życiu, w świecie i w Kościele. Chodzi o dostrzeganie Jego obecności niezależnie od tego, co widzimy zmysłami, i docieranie do istoty rzeczy przez obcowanie z Prawdą, którą jest sam Jezus Chrystus. W znanej piosence Arki Noego „Święty Uśmiechnięty” nie chodzi przecież o to, by uśmiech nigdy nie schodził z twarzy. Wielu tradycjonalistom przydałoby się jednak usłyszeć słowa św. Pawła, by ci, „którzy się smucą, [żyli] tak, jakby się nie smucili” (1 Kor 7, 30). Radość jest cechą tych, którzy wierzą i ufają. Bóg jest i wie, co robi. Jeśli coś dopuszcza, to dla naszego zbawienia.
Żyjemy we wspólnocie Kościoła. Wystrzegając się fałszywie pojmowanej jedności, św. Franciszek uczy nas, że „spodobało się Bogu zbawić nas we wspólnocie”, która została nam w pewien sposób podarowana. Nie twórzmy Kościoła, liturgii ani nauczania na własną modłę. Owszem, zabierajmy głos tam, gdzie trzeba, ale cieszmy się, że Bóg dał nam Kościół – braci i siostry w wierze, z którymi wspólnie zmierzamy do Nieba. W środowiskach Tradycji Łacińskiej zbyt często spotykamy się z indywidualistycznym spojrzeniem, a nawet izolacjonizmem. Tymczasem Matka Kościół katolicki uczy nas powszechności i zaprasza do jej odkrywania oraz uczestniczenia w niej nie tylko formalnie, ale i rzeczywiście. Wspólnota nie tylko oczyszcza i koryguje duchowy egoizm, lecz także sama staje się środkiem uświęcenia. Bywa bowiem trudna, niekiedy irytująca, niezrozumiała, a nawet głęboko raniąca – czego przykładem może być dokument Traditionis custodes (oby Bóg pozwolił jak najszybciej go znieść).
Święty Franciszek, praktykując radykalne ubóstwo i ascezę, nie ganił ludzi, nawet hierarchów, których spotykał na swojej drodze, ani nie żądał od nich przyjęcia własnego stylu życia. Zaprzeć się samego siebie, a okazać słodycz braciom i siostrom – oto wielkość Ewangelii. Zbyt często przybieramy pozę samozwańczych inkwizytorów, którzy na każdym kroku zachowują czujność teologiczną, jakby każdy z nas nosił tytuł mistrza teologii świętej. Wygłoszone kazanie zbyt rzadko staje się dla nas okazją do nawrócenia, zbyt często zaś – przedmiotem oceny dokonywanej przez własny rozum. Lubimy czerpać z tego, czego sami chcemy i pragniemy, nie dostrzegając, ile Bożych darów umyka naszej uwadze tylko dlatego, że ich owoce wydają nam się z zewnątrz gorzkie czy kwaśne. W ten sposób sami usypiamy i okaleczamy żywą Tradycję. Nie należy się więc zamykać ani lękać tego, co jest nowe w ludzkim rozumieniu tradycji. Ruch franciszkański był przecież ożywczo młody, a powstał w czasach, gdy szerzyło się wiele herezji. Chesterton przenikliwie zauważył: „Franciszek mógł stać się zarzewiem pożaru, w którym miała spłonąć cała dawna cywilizacja chrześcijańska. Taką oto kwestię musiał rozstrzygnąć papież: czy chrześcijaństwo powinno wchłonąć Franciszka, czy Franciszek chrześcijaństwo. I zdecydował słusznie, niezależnie od powinności swojego urzędu; Kościół bowiem mógł zawrzeć w sobie wszystko, co było dobrego w ruchu franciszkańskim, a ruch franciszkański nie mógł zawrzeć w sobie wszystkiego, co było dobrego w Kościele” (Chesterton, 2026, s. 137).
Wspólnota daje nam również wiele radości, która pozwala dostrzec działanie Dobra w świecie. Nie tylko zło określa ten świat, lecz także stworzenie Stwórcy. Na tym świecie wciąż trwa życie pochodzące od żyjącego Boga, który wszystko podtrzymuje swoją wolą. Odkrywajmy przede wszystkim Stwórcę i Jego dzieło stworzenia, Jezusa i Jego dzieło odkupienia oraz Ducha Świętego i Jego dzieło – Kościół. Wówczas wszystko znajdzie się na swoim miejscu: apologetyka, eklezjologia i zdrowa pobożność.
Postscriptum
Święty Franciszek z Asyżu pozostaje dla wiernych Tradycji przykładem ożywczym, ale i wymagającym. Można powiedzieć, że pod pewnymi względami nie do końca pasuje do tego środowiska. Znacznie częściej spotykamy w nim zamiłowanie do duchowości potrydenckich: ignacjańskiej i karmelitańskiej, a także benedyktyńskiej, choć mam wrażenie, że ta ostatnia przemawia w Polsce przede wszystkim do starszego pokolenia. Jej spokój nie rozpala młodych serc tak mocno jak gorliwość św. Franciszka, która może poruszyć również młodych wiernych Tradycji Łacińskiej.
Święty Franciszek może także oczyszczać środowiska Tradycji Łacińskiej z tego, co w nich niedobre. Każda duchowość i każda wspólnota ma bowiem swoje słabości — jesteśmy tylko ludźmi. Nie ma potrzeby usprawiedliwiać własnych błędów, wskazując na brud, zepsucie czy herezje obecne w innych częściach Kościoła. Odnowa przychodzi przez pokorę i osobistą ofiarę składaną za Kościół. Ofiara pozbawiona pokory może prowadzić do duchowego zagubienia, a w konsekwencji do bezsensownej rozpaczy. „W Jego ranach — w ranach Chrystusa — jest nasze uzdrowienie” (Iz 53, 5).
Dobrze wiedział o tym Poverello, którego Bóg pod koniec życia obdarzył widocznymi znakami swej miłości. Jak pisał Stanisław Kiełtyka:
„Zjawił się w dziejach Kościoła jak gwiazda wśród burzy. Genialność rządów Bożych w Kościele polega na tym, że wielcy wodzowie stają przed armią walczących dusz w momentach najbardziej potrzebnych, chociaż nie zawsze najbardziej przewidzianych. Silne są dłonie Boga kierującego światem; wszechmocne są i genialne wszystkie sądy jego w prowadzeniu do ostatecznego celu wiernych, których powołał do zbawienia. Nie zabraknie im nigdy gwiazd przewodnich potrzebnych dla dusz tak, jak jest potrzebne słońce dla oczu, by człowiek mógł żyć i rozwijać się w ramach natury i łaski” (Kiełtyka, 1982, s. 6).
Michał Kmieć
Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.
Bibliografia
Chesterton, G. K. (2026). Święty Franciszek z Asyżu. Warszawa: Fundacja Protodeo.
Florentino, M. (2026). Franciszek z Asyżu i liturgia. Kraków: Wydawnictwo Serafin.
Kiełtyka, S. (1982). Św. Franciszek z Asyżu. Kraków: Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy.
Kijas, Z. (2025). Franciszek w Pieśni słonecznej. Moc ducha w słabości ciała. Kraków: Bratni Zew.
Koneczny, F. (2022). Święci w dziejach narodu polskiego. Warszawa: Prohibita.
(1993), doktor nauk o polityce i administracji, wykładowca akademicki. Mieszka w Warszawie