Opowiadania
2024.02.20 21:21

Ojciec odchodzi, a Mick Jagger mówi, że wszystko jest w porządku

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.plZ góry dziękujemy. 

 

Trudno było mi rozpoznać twarz ojca. 

To pierwszy wyraźny znak, że sprawy zaszły za daleko i nie ma już odwrotu. A raczej, od pewnych rzeczy po prostu nie może być odwołania, cokolwiek by się nie działo dziś, jutro, przez kilka następnych miesięcy i lat. To był tego znak. Dotarło do mnie, że każdy z nas rzeczywiście zmierza w jednym kierunku, drogą znaną i nieznaną zarazem, a ciało coraz dobitniej daje do zrozumienia, że pewne etapy na tej ścieżce już się skończyły.

Pielęgniarka kazała mi pojechać windą na trzecie piętro, a następnie przejść na prawo. Z pewnością znajdę drogę, powiedziała ciepłym i budzącym zaufanie głosem, tak, jakby chodziło o załatwienie szybkiej sprawy urzędowej. Spokojnie, jeśli zdarzą się jakiekolwiek problemy, to lekarze na pewno mi pomogą. Uśmiechnąłem się do siebie, kiedy uświadomiłem sobie, że obsługa szpitala wychodzi mi naprzeciw jak klientowi i nie chce, żebym poczuł dyskomfort, chociaż i tak właśnie teraz zacząłem go czuć. 

Szpital to inny świat, uporządkowany i sterylny. Wszystko pozostaje tu pod ścisłą kontrolą, musi być przewidywalne. Korytarze są takie same i nie ma w nich niczego z łąk i dolin. Idę przed siebie, przez białe i błękitne przestrzenie. Przed wejściem będzie przycisk. Wystarczy nacisnąć i poczekać. Ktoś wtedy powinien podejść, zapyta o nazwisko. Wtedy można wejść.

Przeszedłem przez oddział, przesuwając wzrokiem po rzędach leżących nieruchomo starszych mężczyzn. Większość z nich wydawała się nieobecna. Wpatrywali się w sufit albo za okno, na coś czekali, coś wspominali. Wśród nich nie mogłem jednak znaleźć ojca. Dopiero jeden z lekarzy wskazał palcem pierwsze łóżko przy drzwiach, po prawej. Odwróciłem się i rzeczywiście – jakiś mężczyzna, jak się zdawało, próbował mnie do siebie przywołać, ale z ust potrafił wydobyć jedynie ciche stęknięcia. 

Gdy podszedłem, musiałem się przez chwilę przyjrzeć, aby się upewnić, że to rzeczywiście ojciec. Zdziwiły mnie jego chude ręce. Twarz miał nienaturalnie zapadłą, bladą i wysztywniałą. To, że uśmiechnął się na mój widok, poznałem jedynie po oczach. W dalszym ciągu próbował coś mówić, ale niczego nie zrozumiałem. Wyglądał bezradnie. Może po raz pierwszy w życiu.

Człowiek dysponuje pięcioma zmysłami, które wiążą go ze światem. Wzrok, słuch, smak, węch i dotyk. Tam, w szpitalu, od razu zobaczyłem, jak choroba ojca po kolei wygasza każde z nich. Szczerze mówiąc, nie byłem przygotowany na taki widok. Dziś mówi się zresztą, że zmysłów jest więcej, niż pięć, co w tamtym momencie jeszcze bardziej mnie przeraziło. Bóg zamyka je wszystkie, jeden po drugim, zatrzaskuje te okiennice, aż kiedyś zgasi światło. 

Ojciec mówi z trudem i słabo słyszy. Jeśli tak dalej pójdzie, to za jakiś czas nie będzie mógł dobrze przełykać. Później nie będzie mnie mógł widzieć wystarczająco wyraźnie. Powoli zacznie tracić kontakt ze światem. Okna zaczną się zamykać. A w zasadzie już się zamykają.

Przyszła pielęgniarka, sprzątnęła rzeczy ze stolika. Zapytała, „jak się dziś czujemy”, nie czekając na odpowiedź, którą mogły być tylko zadowolone mruknięcia. Następnie zwróciła się do mnie i powiedziała, że ojciec mimo wszystko dobrze się trzyma. Pewnie wkrótce zostanie wypisany i wróci do domu. Jest to zaawansowana choroba, to jasne, ale sytuacja nie jest tak tragiczna, jak się wydaje. Z tonu jej głosu mogłem się domyślić, że wyobraziła sobie istniejącą między nami silną więź, tymczasem do mnie doszło, że dopiero tutaj, w szpitalu, spotykam się z ojcem naprawdę.

Obok leżał mężczyzna, który wyciągał ręce, aby złapać za trójkątny uchwyt wiszący nad jego głową. Każda próba podciągnięcia się na łóżku wyglądała jak wyczyn himalaisty. Ostatecznie dał za wygraną, opuścił wychudzone ręce i obrócił się na bok.

W kaplicy szpitalnej odprawiono wkrótce Mszę.

– Dzięki składajmy Panu, Bogu naszemu – zawołał kapłan.

– Godne to i sprawiedliwe – odpowiedzieli wierni obecni w kaplicy, w sumie cztery osoby.

– Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie…

 

***

 

Wracam do domu, wsłuchując się w szum klimatyzacji niczym w śmieszny substytut morskich fal, które mogłyby mnie ukoić i wyciszyć nadmiar myśli. 

Po chwili włączam radio. Trwa właśnie rozmowa z Mickiem Jaggerem. Muzyk skończył osiemdziesiąt lat, jest właśnie na trasie koncertowej i czuje, że wszystko jest w porządku. Dziennikarka pyta go, czy nie myśli od czasu do czasu o śmierci. Jak to jest, zostawiać to wszystko, kiedy zdobyło się tak dużo. Jedno jest przecież na tym świecie pewne: że wszyscy będą musieli rozstać się ze wszystkim, co mają, i nie ma specjalnie od tego odwołania. 

Muzyk odpowiada, że liczy się dla niego tylko to, co tu i teraz. Z życia trzeba korzystać, nie oglądać się na koniec. Dziennikarka wtrąca, że ludzie mają też religię, a religia jest po to, żeby pocieszać. Nadzieja na życie wieczne jest dla wielu silnym bodźcem, obietnicą sensu. Ale nie trzeba wyobrażeń, bo wszystko jest w porządku. „It’s all right, I’m all right, you’re all right”. 

Rozmowa toczy się dalej. Nie trzeba bać się śmierci, ani uciekać w obietnice istnienia czegoś poza tym światem. Wystarczy zaakceptować to wszystko, co mamy tutaj. Jedni potrzebują religii, a inni nie potrzebują. Jest jak jest, Clarice. Śmierci na dobrą sprawę nie ma. Kiedy umierasz, to nic cię nie przeraża i za niczym nie tęsknisz, bo już cię nie ma. Przeżyć życie do dna, to jedno, co warto. Wtedy można odchodzić. Pogodzić się, że to koniec. Nad ranem otworzyć okno na świat i zdać sobie sprawę, że dziś jest dziś, nie ma powodu do zmartwień.

Dzieje się, dziś też, nadal, a więc wszystko jest w porządku.

 

Michał Gołębiowski

 

----- 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.


Michał Gołębiowski

(1989), doktor nauk humanistycznych, filolog, historyk literatury, eseista, pisarz, tłumacz. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Autor książek, m.in. „Niewiasty z perłą” (Kraków, 2018) czy „Bezkresu poranka” (Kraków, 2020), za którą został uhonorowany Nagrodą Specjalną Identitas. Jego zainteresowania obejmują zarówno dawną poezję mistyczną, jak również kulturę tworzoną w atmosferze tzw. „śmierci Boga” oraz dzieje ruchów kontrkulturowych lat 60. XX wieku.