Polemiki
2010.10.14 00:56

Klerykalizm i odwaga

Kilka dni temu brałem udział w dyskusji „Odwaga w Kościele”, która odbyła się w ramach Dnia Papieskiego (więcej informacji na temat iwentu można znaleźć tutaj). Nie zamierzam tej dyskusji relacjonować, myślę jednak, że warto zwrócić uwagę na jej wewnętrzną i spontaniczną logikę, która wraz z samym tytułem wyjściowym wiele mówi o kondycji współczesnego Kościoła. Zgodnie z przewidywaniami, panel rozpoczął się od krążenia wokół wysokiego C tematu pedofilii, aby w końcu wylądować przy kwestii rad parafialnych. Gdyby nie powaga (czy tragizm) wyjściowego zagadnienia, można by to uznać za groteskę. Wszystko robi się jaśniejsze, jeśli poznamy łącznik – „samolot”, który tak płynnie przeniósł ciężar dyskusji. A jest nim, coraz modniejsze ostatnio, hasło „klerykalizmu”. „Matki się nie krytykuje”, mieli mawiać biskupi tuszujący pedofilskie zbrodnie. „Matki się nie krytykuje”, mawiają proboszczowie opływający w luksusy, których spotyka krytyka odważnych parafian. Ten złowieszczy refren towarzyszył nam do końca od początku. I to od początku zacznijmy.

Przed dyskusją zajrzałem do Katolickiej etyki wychowawczej o. Jacka Woronieckiego OP nie tylko dlatego, że jest to doskonale napisane kompendium klasycznej katolickiej doktryny moralnej, lecz również dlatego, że daje wgląd w to, jak o katolickim życiu mówiło się sto lat temu. Woroniecki nie pisze wiele o odwadze, wspomina o niej jedynie w kontekście wykładu o kardynalnej cnocie męstwa. Jest to pierwsza różnica „lingwistyczna”, na którą warto zwrócić uwagę. Nie każda bowiem odwaga jest cnotliwa (a więc rozumna i zasługująca), lecz tylko ta, która jest wyrazem męstwa. Sama zaś odwaga, podobnie jak strach, jest „uczuciem”, które pojawia się w kontekście jakiegoś zła, a jako uczucie jest spontaniczna i zależy bardziej od temperamentu niż rozumu. Już Homer opisał tę niebezpieczną dwoistość – najdzielniejszy z Greków, Achilles, był również najbardziej kapryśnym z nich… (Czyż nie ten aspekt „odwagi” odegrał główną rolę w „heroicznych” biografiach księży-dysydentów, którzy jednego dnia denuncjowali grzechy Kościoła, aby następnego dnia porzucić własne powołanie, a niekiedy i sam Kościół?)

Tej dwoistości ma zapobiec właśnie cnota męstwa, która zarazem uczy jak znosić zło, które nas dotyka i jak je mądrze atakować. W dyskusji na temat odwagi, będzie więc najistotniejsze co uzna się za zło (co samo jest konsekwencją tego, jak rozumie się dobro). Tak więc dyskusja o odwadze będzie obnażać również rozumienie dobra w Kościele i dobra Kościoła. Gdy zaś mówi się o Kościele, mówi się o jakiejś całości. Gdzie całość, tam i części. A gdzie części, tam konieczna jest hierarchia dóbr, która harmonijnie scala ich współistnienie. Bez nadrzędnej zasady nadprzyrodzonego dobra Kościoła wszystkie pozostałe dobra będą trwały w stanie anarchii. Łatwo to zrozumieć przy okazji analizy choćby nieszczęsnego problemu pedofilii. Nowożytne rozumienie dóbr doprowadza tu do fatalnego impasu: tak że z jednej strony mamy pewien „personalizm” (tzn. sytuację, w której to człowiek dźwiga instytucję, a nie instytucja człowieka: stąd hasło „Matki się nie krytykuje” maskujące zaniedbania w przypadku koniecznego obnażenia grzechów poszczególnych ludzi), z drugiej zaś charakterystyczny dla naszych czasów „liberalizm” (dość przypomnieć, że w kiedyś naturalnym elementem architektonicznym klasztorów były… więzienia; dziś nawet reprymenda przełożonego względem zakonnika wypisującego heterodoksyjne dyrdymały w świeckich gazetach okazałaby się aktem opresji i zniewolenia sumień). Już same te dwie zasady, które są dwoma sposobami rozumienia dóbr, przez swoją inercyjność mogą skutecznie przygotować grunt pod budowę „struktur grzechu”. Problem nadprzyrodzonego dobra jeszcze wyraźniej jest widoczny w tym, co stanowi najwyższą miarę męstwa, czyli męczeństwo.

Męczeństwo jest szczytem męstwa, ponieważ jest wytrwaniem w najwyższym dobru (wiecznym) przy doznaniu najwyższego zła doczesnego (utraty życia). Tylko ze względu na dobro wyższego rzędu, którego racją jest ostatecznie Bóg – jedyne Dobro, może usprawiedliwić tak wysokie uznanie, jakim darzył od początku Kościół męczeństwo. Sama jego paradoksalność, zasadzająca się na grze – doczesny/wieczny jest kluczem do zrozumienia kolejnego aspektu, tylko pozornie odległego, a jednak kluczowego podczas refleksji nad tytułowym problemem. Albowiem o ile Kościół wychwalał ekskluzywną drogę męczenników, o tyle postchrześcijańska współczesność potępia samą powszechność cierpienia zarazem ją gloryfikując (paradoksalność wieczny/doczesny zastępuje paradoksalność wewnętrznie sprzecznych postaw i ocen). Możliwe jest to dlatego, że logika postchrześcijańska, która zawsze jest logiką upadłej natury zbuntowanej przeciwko łasce, albo dokładniej: natury emancypującej się spod działania łaski i uzurpującej sobie jej boskie prerogatywy, faktycznie usuwa czynnik harmonii, który „jednoczy przeciwieństwa”, choć pozostawia jej nominalną (skradzioną) maskę tak, że przeciwieństwa zaczynają działać w imię niegdyś chrześcijańskiego ideału. Jeśli Kościół chwalił męczenników dlatego, że ze względu na najwyższe dobro poświęcili swoje życie, to postchrześcijaństwo wywyższa każdą ofiarę tylko dlatego, że doznaje ona jakiegośzła. Wytrwanie jest ekskluzywne (heroiczne), cierpienie zaś powszechne. Dlatego właśnie dziś, pod maską „odwagi” i „bohaterstwa”, występują apostołowie wiktymologii, ze sztandarami cierpienia i opresji. Odważnymi nazywa się wystąpienia za zniesieniem celibatu (ponieważ księża cierpią nie mając żon), za kapłaństwem kobiet (które cierpią, ponieważ są „dyskryminowane”), za demokratyzacją Kościoła (ponieważ wszyscy doznajemy opresji posłuszeństwa). Odważnymi są też teologowie, którzy występują przeciwko cierpieniom potępieńców i diabła samego, albo ci, którzy bronią niewiernych przed możliwością wykluczenia z Królestwa Bożego.

Kiedyś mężnym był ten, kto wytrwał w dobru mimo dotykającego go zła; dziś mężnym staje się ten, kto „odkryje” jakieś zło, niezależnie od tego jakie dobro przyjdzie mu poświęcić…

(Na marginesie: czyż nie tą samą logiką toczą się żywoty „dzieci Soboru” – ludzi, którzy kiedyś głosili „odważne otwarcie się Kościoła na świat”, a dziś, nie mniej „odważnie”, ogłaszają światu swoje kościelne cierpienia? Wczoraj heroicznie głosili, że w Kościele może być tak samo fajnie – a może nawet fajniej! – niż na świecie; dziś odkrywają, że Kościół jest znacznie gorszy niż świat… Dziś odważnie burzą tamę tabu, żeby jutro heroicznie walczyć z demonami, które się z niej wyleją: czyż nie taki będzie na przykład los katolickiej etyki seksualnej, która teraz zaczyna mówić, że „seks jest boski”, aby jutro mężnie ratować neurozy małżonków nie doświadczających na co dzień mistycznych uniesień w alkowie? O ile będą jeszcze katoliccy małżonkowie – przecież mówi się już, że do nieba „tylko parami”, więc nie zdziwmy się, jeśli jutro mało kto odważy się na małżeństwo, ponieważ tak wysoko postawi się poprzeczkę oczekiwań względem miłości, iż żadna relacja z człowiekiem nie zaspokoi wyobrażenia tej niebiańskiej pełni…)

+ + +

Wróćmy do samej dyskusji. Pomijając symptomatyczność faktu, że rozmowa o odwadze sprowadza się do denuncjacji „systemu opresji” (klerykalizm), zatrzymajmy się nad naturą wskazanego problemu. Paneliści byli praktycznie zgodni, że lekarstwem na skostniały klerykalizm jest organiczna praca u podstaw, którą należy rozpocząć od reformy życia parafialnego. Wprowadzenierad parafialnych i nauczenie księży dialogu, spowoduje, że hierarchia usłyszy w końcu głosy stłamszonych wiernych, co pozwoli wyrugować zło w Kościele (zgodnie z logiką demokratyczną, głosy najsłabszych i najgorzej przygotowanych są, wiadomo, najlepsze i najmądrzejsze). Powołano się oczywiście na studium ukazujące zasadnicze różnice między „potrydenckim systemem parafialnym”, który miał się opierać na sztywnej i piramidalnej hierarchii, a „koncepcją soborową” akcentującą, że parafia jest żywą i elastyczną koinonią, wspólnotą. Odłóżmy na bok kwestię trafności samego opisu (albo raczej „nietrafności” jego przemilczeń) i zauważmy rażącą dysproporcję celu i środków. Celem – nadprzyrodzona koinonia, środkiem – biurokracja. Jeśli doda się, że klerykalizm sam jest formą bezdusznej biurokracji, to wychodzi na to, że jedną biurokrację chce się uleczyć inną, bardziej rozbudowaną (można zatem mniemać, że reforma, w której „rady ewangeliczne” zamieniają się w „rady parafialne” nie jest najlepszą reformą).

Być może więc lepszym rozwiązaniem byłoby zrozumienie przyczyn obecnego klerykalizmu, zanim rozpocznie się reformy; być może również problemem nie jest archaiczny system „potrydencki”, tylko zaniknięcie tego, co leżało niejako w centrum trydenckich reform – teologia eucharystyczna?

Hieratyczny system kościelny pozbawiony swojego źródła i szczytu, czyli celebracji świętych misteriów, istotnie zamienia się w spetryfikowaną i opresyjną instytucję. Odejmijcie od Kościoła nadprzyrodzoność, a zyskacie najbardziej nieludzki system, którego członkowie będą, jak przestrzegał Koryntian św. Paweł, najnędzniejszymi z ludzi. Pierwszym krokiem jest zabranie właściwych znaków nadprzyrodzoności: desakralizacja liturgii, przejmowanie świętych czynności zarezerwowanych dla kapłanów przez świeckich itd., musiało z konieczności doprowadzić do rekompensacji u tych, którzy „opuścili wszystko” i – nic im nie zostało… Gdy znika właściwy wymiar władzy duchowej, której szczytem jest moc konsekracji Najświętszych Postaci i odpuszczania grzechów, jej roszczenia na poziomie doczesnym będą niebezpiecznie żarłoczne, ponieważ naznaczone pragnieniem absolutu. Tak więc nie system kościelny jest źródłem opresji, lecz brak wiary i brak jej widzialnego oraz publicznego wyrażania w kulcie (co za sobą pociąga z kolei brak wiary u kolejnych pokoleń potencjalnych wiernych i duchownych). Wydaje się, że właśnie taka odnowa, odnowa żywotności liturgicznej i tożsamości powołań była właściwą intencją Soboru.

Naturą każdego zła jest jednak zgorszenie – zło dosłownie czyni nas gorszymi. Nie tylko dlatego, że rani ofiary zła, lecz również dlatego, że spontanicznie szukając ratunku, łatwo popaść w zło jeszcze większe. Zdaje się bowiem, że lepiej odrzucić kulawy choć istniejący „system” na rzecz nieistniejącego, ale „lepszego” systemu wymyślonego. Dlatego w ubiegłym wieku, dostrzegając skostnienie klerykalne zaczęto odrzucać szereg obyczajów kościelnych i całego kapłańskiegoentourage’u, aby systemowo wprowadzać „radykalizm ewangeliczny” – na przykład w ruchu księży robotników. Jednak odrzucenie tego, co samo w sobie nie jest istotą kapłaństwa, ale składało się przez wieki na sposób jego przeżywania (od szat duchownych poczynając, na pewnym charakterystycznym splendorze doczesnym kończąc), spowodowało naturalnie, że młodym ludziom jeszcze trudniej było zdecydować się na radykalną decyzję podjęcia powołania. (Oczywiście, naiwnością byłoby twierdzić, że same zewnętrzne formy zapewniają kapłanom świętość; na ile jednak są widzialne, na tyle też stanowią realną podporę dla upadłej natury, która podejmuje się nadprzyrodzonego powołania. O wiele zdrowsza jest sytuacja, w której ksiądz chełpi się swoim kapłaństwem, niż ta, w której rekompensuje braki tożsamości sprowadzając samochody z Niemiec, albo jeżdżąc incognito na wczasy do Hurgady; zdrowsza jest sytuacja, w której ksiądz z nienaturalnym dystansem odnosi się do kobiet, niż ta, w której staje się do tego stopnia autentycznym przyjacielem, że diecezja musi płacić alimenty, itd.) W konsekwencji tam, gdzie najgorliwiej porzucano „kapłański styl” na rzecz wyimaginowanej doskonałości, dziś w ogóle nie ma księży. (Być może „tradycyjny klerykalizm” jest jednym z powodów, dla których w Polsce wciąż są jeszcze dość liczne powołania kapłańskie. I nawet jeśli pozostawiają wiele do życzenia – dobrze, że są: lepiej leczyć chorobę na żyjącym, niż pozbyć się choroby – wraz z pacjentem…)

Wydawałoby się więc, że nic prostszego niż wrócić do właściwych tożsamości – aby kapłan mógł być szafarzem, a nie „moderatorem parafialnym”; aby zakonnik mógł żyć wedle zakonu  (tj. ładu swojej reguły), zamiast kończyć, w najlepszym wypadku, kolejne studia podyplomowe z psychoterapii; aby, wreszcie, wierny miał gdzie znaleźć zdrową naukę i święty kult, które pozwolą mu wieść normalne życie katolickie w świecie… Jednak gdy kapłan raz przestanie być sługą Ołtarza, uczyni siebie jego zarządcą i panem: wierni, którzy proszą dziś o możliwość dostępu do tradycyjnych, świętych obrzędów wciąż traktowani są jak natrętni dziwacy, a księżom, którzy zdecydują się na tradycyjny styl życia grozi klerykalne wykluczenie i obmowa!

Lekarstwem na chorobę klerykalizmu nie będzie więc bynajmniej czynienie księży mniej „klerykalnymi” i odbieranie im tych resztek znaków wybrania, które im pozostały. Wprost przeciwnie – remedium będzie tu wzmacnianie kapłaństwa księży, a więc przede wszystkim odnowa liturgiczna (przywracanie sacrum) i odnowa znaków kapłańskiej tożsamości. Odwagą w dzisiejszym Kościele jest więc już samo upominanie się i wcielanie w życie prostej prawdy – aby każdy był tym, kimnaprawdę jest według swojego powołania, i aby to, co nazywamy świętym było jako święte traktowane. „Przede wszystkim” nie znaczy „tylko”. Lecz first things first.

Piotr Kaznowski

 


Piotr Kaznowski

(1981), historyk filozofii, w latach 2009-2012 redaktor naczelny "Christianitas", mieszka w Warszawie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij