Recenzje
2015.07.21 14:53

W. Shakespeare, „Sen nocy letniej”, reż. D. Dromgoole

Kino Kijów oferuje od prawie roku możliwość przeniesienia się w przestrzeni do londyńskich teatrów. Dziś była to podróż także częściowo w czasie – nie ma to, jak stary, dobry „The Globe”, choć w odsłonie z XXI w.

Zbudowano jego replikę i wystawiają sztuki Szekspira prawie tak, jak on to robił w swojej epoce: aktorzy grają w szesnastowiecznych strojach, pod gołym niebem, większośc publiki stoi przez cały spektakl etc. Łatwiej wymienić różnice: grają także kobiety i w spektaklu pojawia się też współczesne elementy w oprawie muzycznej, charakteryzacji (w XVI w. raczej nie znano spray’u do malowania ciała) i rozwiązaniach reżyserskich.

„Sen…” jest komedią. To znaczy: podstawowa warstwa to komedia a spod niej wychynają inne gatunki. Bywa też smutno, cierpko i uszczypliwie. Reżyser hojnie szafował tymi odcieniami i za to mu chwała. Scena „teatru w teatrze”, czyli moment, kiedy amatorska trupa rzemieślników gra tragiczną komedię o Priamie i Tyzbe, doprowadziła nie tylko mnie do płaczu ze śmiechu. Spektakl uwodzi charakteryzacją, w świetle której odwołania do mitologii greckiej zamieniły się w czerpanie z symboliki mitów celtyckich (ryczący momentami jak jeleń Oberon nosi jako nakrycie głowy jelenią głowę, co utożsamia go z Hernem – bogiem lasów i myśliwych). Nie brak także scen, które można by uznać za nieco obsceniczne, jednak teatr czasów Szekspira, szczegolnie komedia, nie gardził takimi „zagraniami”. Mieszczą się w decorum.

Puck jest kimś między elfem, puszczykiem, faunem a kochankiem Oberona. Nie jest to źle zagrane, ale mam przed oczami Pucka ze starej inscenizacji, puszczanej w polskiej telewizji w ramach Teatru Telewizji na świecie. Był niesamowity i współczesna interpretacja nie dorosła do tamtej. Możliwe, że to także kwestia poprowadzenia postaci przez reżysera, ale niewiele było w nim psotliwości, za to dużo zadęcia i nerwowości. Podobnie między Tytanią a Oberonem było więcej uszczypliwości niż erotycznej chemii, przez co sceny zazdrości były sztuczne, sceny czułości zresztą też.

Genialnie za to była oddana dzikość dworu Tytanii i Oberona – wróżek i goblinów. Nie byli eterycznie i zwiewni – raczej dzicy i nieoswojeni, dzięki czemu łatwo zrozumieć, czemu Osioł przestraszył się tych duchów i ich pani. Swoją drogą – świetnie zagrana rola. Interesująca było pokazane także stopniowe dziczenie czwórki kochanków: Hermii, Heleny, Lizandra i Demetriusza. W miare błąkania się po lesie mają na sobie coraz mniej ubrania i są coraz bardziej ubrudzeni. Przez to zaczynają przypominać dwór leśnych bożków – las i noc świętojańska odzierają ich z powłoczki kultury. Co zaleca się czytać podwójnie.

Jednak trzeba podziwiać klasę aktorów – grali w pomieszczeniu bez dachu, więc stawiało to przed nimi duże wymagania, jeśli chodzi o emisję głosu i dykcję. Ponadto wiele scen wymagało rewelacyjnej wręcz zręczności i sprawności fizycznej. To także sięgnięcie do specyfiki tamtej epoki, kiedy teatr wciąż jeszcze był bardzo blisko kuglarstwa. Dobrze też współpracowali jako zespół, choć to trudniej było mi ocenić, bo nagranie było kompozycją nagrań z różnych kamer, co sprawiało, że oglądało się to, co chciał pokazać reżyser ostatecznej wersji kinowej, a niekoniecznie grę zespołu jako całości.

Nie potrafię też rozgryźć, dlaczego w ostatniej scenie aktorzy wykonują ruchy, które wygladają jak ćwiczenie tai chi. Nie komponuje mi sie to zupełnie z resztą spektaklu i samą sztuką.

W każdym razie bardzo ciekawy eksperyment, chętnie obejrzę coś jeszcze, jeśli Kino Kijów zdecyduje się na prezentację kolejnych retransmisji. Tutaj można poczytać o projekcie i zobaczyć, co jeszcze szykują. W każdym razie było warto a widownia była prawie pusta. Szkoda.

 

Elżbieta Wiater


Elżbieta Wiater

(1976), doktor teologii i historyk, publicystka, autorka książek (m.in. Filotea 2.1, Hildegarda z Bingen. Mistyczka z charakterem, C.S. Lewis. Pielgrzym radości). Mieszka w Krakowie.